jaq blog

Twój nowy blog

Gdy w Niemczech bezrobocie sięgnie 40%.

W moim życiu coraz więcej aktualności, coraz mniej potencji.  Spełniam się i czuję się z tym dobrze.  Acz od czasu do czasu jestem na tyle zmęczony, że myślę sobie, że to dobrze, iż istnieje wieczny odpoczynek.

Boję się też.  Że nie jestem wystarczająco dobry, sprawny, elastyczny w stosunku do tego, co robię.  I w robocie, i z rodziną.

Jak dużo zasobów tracę?  Jako członek cywilizacji śmieci, mnóstwo rzeczy marnuję.  Od prądu z dziesiątek urządzeń, które zostały zaprojektowane bezmyślnie, bez żadnej oszczędności, przywiezione z drugiego końca świata.  Przez uśmieciawianie jedzenia i rzeczy, które można, odpowiednio planując, wykorzystać optymalniej.  Przez ludzi, z którymi bywa, że gadam o pierdołach, a nie zahaczam o ważne sprawy.  Po czas, który zdarza mi się trwonić.

Brakuje mi instytucji spowiedzi.  Kiedy trzeba w sobotni wieczór usiąść, uporządkować tydzień, myśli, czyny.  Zważyć te czyny, uszeregować wedle etycznej miary.  Po czym zwerbalizować – czyli uporządkować raz jeszcze i skompresować – i podyskutować na ten temat z życzliwym bliźnim.  Wyciągnąć wnioski, postanowienia i – skoro jest drugi człowiek i wszystkoczujący absolut – podjąć zobowiązania co do wagi moralnej przyszłych czynów.  Niegdyś jeszcze gadałem z babkami w realu i przez sieć, czasem wjeżdżając na quasispowiedziowe dukty.  Obecnie niezmiernie rzadko.  Jak w takim razie mogę się pogłębiać?  Samo zdobywanie wiedzy to tylko usprawnianie narzędzi.  Należy jeszcze tych narzędzi używać.

Prąd to zło.  No, może pralki są w porządku.  Ale środki przekazu informacji, radio, telewizor, komputer, telefon, odtwarzacz muzyki  upośledzają ludzką umiejętność pozyskiwania informacji, umiejętność planowania, inicjatywę i twórczość.  Jakże byłem szczęśliwy gdy nie musiałem (prawie) stykać się z tym cholerstwem przez pełne 26 dni.  Świat staje się wolniejszy, bliscy bliżsi, natura naturalniejsza, kuchnia bardziej smakowita.  Nikt nie chce mi uwierzyć, gdy mówię, że na urlopie odpocząłem.  ”Z trójką małych dzieci?” – nie dowierzają.  Ha! – nawet udało mi się nieco beletrystyki połknąć.

Refleksja o książkach.  Dlaczego są lepsze?  Czy w ogóle są lepsze i czy warto jeszcze cokolwiek o nich sądzić – bo przecież filmy, gry, muzyka.  Wartościowość książki bierze się z stosunkowo niskiego, ale niezerowego progu wejścia, czyli kosztowności i ryzyka związanego z napisaniem i wydaniem ksiażki.  Dzięki temu, że książkę łatwo napisać i niemal równie łatwo wydać, ryzyko straty pieniędzy i czasu na tym przedsięwzięciu jest niskie.  A skoro tak, to można produkować dla niewielu ludzi – nie trzeba się obrzydliwie podlizywać znajdując najmniejszy wspólny mianownik dla wszystkich możliwych targetów, ani brać jako target dwunastolatków.  To jedno.  Druga rzecz to to, że powieść jest jedyną – obok nieistniejącego już malarstwa – formą sztuki, w której oddaje stan swojego ducha pojedynczy człowiek (z niewielką pomocą redaktora).  Dzięki temu nie musi iść na ustępstwa politpoprawności, zarabiania na cały zespół, ubierania idei w opis pośredni, aby dopiero potem oddać ją – już przetłumaczoną storybordziście czy reżyserowi – do drugiego tłumaczenia.  Powieść jako jedyna może być wierna myśli autora.  Stąd dla czytelnika istnieje większa szansa na znalezienie czegoś wartościowego w lekturze, co wpłynie na jego myślenie i postrzeganie świata, rozwinie wiedzę, zaskoczy, da katharsis.  Teraz jeszcze:  czemu książki są lepsze od e-booków?  Otóż w wersji papierowej musiał się znaleźć minimum jeden czytelnik, który stwierdził, że to nie jest całkowity bełkot, i że warto na ten teks wydać nieco grosza, bo może się zwrócić.  W publikacji elektronicznej ryzyko straty kapitału jest żadne, dlatego sito jest rzadsze.

 

Cały bajer ze skutecznością europejskiej cywilizacji polegał na łatwym awansie społecznym i ciągłym buzowaniu.  Dziś coraz wyraźniej widać, że „świat zachodu” zamyka się – zarówno w skali makro przez zacieśnianie i komplikację praw, jak i w skali mikro, przez ograniczanie swobody w różnorodnych znaczeniach.  Kiedy nowatorstwo się zmniejszy, nasza cywilizacja już nie będzie naj, bo świat prymatu zbiorowości nad jednostką i petryfikacji establishmentu jest światem Chińskim.

Odkąd skończyłem na dobre ze studiami, miewam w soboty nieco więcej czasu na wypoczynek. Część spędziłem w kinie. Podłechtany Autorem widmo skusiłem się na Rzeź Romana Polańskiego i – co tu dużo mówić – rozczarowałem się. Pierwsza połowa filmu była bardzo dobra, przyzwoicie zagrana, z subtelnymi operatorskimi chwytami rodem z horrorów, postaci i ich kwestie rozwijały się zgrabnie. A to wszystko na przestrzeni jednego popołudnia i jednego mieszkania – hollywoodzki film teatru telewizji. Jedynym mankamentem Rzezi jest brak drugiej połowy. Żadnej kulminacji, rozwiązania intrygi, ani puenty.

W ciemności Agnieszki Holland jest doskonały w swojej klasie, dokładnie taki, jaki powinien być. Jest to wariacja na ten sam, doskonale znany i zrozumiany temat najbardziej charakterystycznej części II wojny światowej, toteż sama historia nie zaskakuje. Rozwiązania fabularne, motywy również. Sama ikonografia już nieco bardziej. Oto film jest oszczędny w ukazywaniu drutów kolczastych, lugerów, czapek z trupimi czaszkami itp. Do tego otoczenie opowieści jest oddane dość wiernie, na ile można w eksportowym filmie w zrozumiały sposób oddać Kresy: pęk narodów, życie obok, życie wbrew, przykład dobrego człowieka, przykład złego człowieka. Scenografia i zdjęcia są również bardzo dobre, choć ten i ów polemizuje. Jednak to, co ujmuje najbardziej, to bohaterowie i interakcje między nimi. W Leopolda Sochę granego przez Roberta Więckiewicza uwierzyłem od razu. Kupił mnie strachem, ulgą, opanowaniem i cwaniackim uśmieszkiem już w pierwszej scenie. Kinga Preis ostatnio mam wrażenie gra jedną rolę, jej Sochowa wpisuje się. Długo jeszcze będę pamiętał twarz Mundka Marguliesa granego przez Bennona Fürmanna w scenie z brakiem czapki. Holland pytanie skąd się bierze dobro w człowieku, bo zło jako banalne i naturalne jest nieciekawe, bardzo ładnie jest tym filmem zilustrowane. Więc mimo przewidywalności polecam.

Jenak bardziej od W ciemności cenię najświeższą Różę Wojciecha Smarzowskiego. Tutaj dowiaduję się więcej. Od sytuacji Mazurów i AK-owców, przez pierwsze miesiące PRL-u i rolę „wyzwolicieli” (tu akurat film potwierdza skąpe opowieści mojej babci, przefiltrowane przez poprawkę na przyzwoitość i ówczesny mój wiek), po tworzenie zależności i zgnojenia między władzą a władanymi. To warstwa podkładu scenariusza. Jest sama opowieść o potrzaskanych ludziach próbujących wyprostować kręgosłup, niezłamany, ale mocno przetrącony – zagrana oszczędnie, a dojmująco. To warstwa wierzchnia, z dodatkiem pięknej przyrody kontrapunktującej upływ czasu, gloryfikacji podejścia do życia i społeczeństwa „zrób to sam”, nieodzownym okularnikiem, skórzanym płaszczem i dolarami. Głębiej jest pytanie o naturę narodu (przywodzi nieco na myśl Wieczny Grunwald Szczepana Twardocha), chamstwo, szlachetność, kulturę i barbarzyństwo. Co ciekawe, mimo tego, że film jest tak bardzo wpięty w historyczno-kulturowy kontekst Polski, jest czytelny nie tylko dla Polaka – dowodem główna nagroda Warszawskiego Festiwalu Filmowego przyznana przez międzynarodowych sędziów.

Co ważne, Róża jest podana w doskonałym sosie technicznym. Materia tego filmu nie tylko nie przeszkadza, nawet nie umożliwia, a pokreśla przymioty opowieści. Widać, że twórcy podeszli do swojej roboty i z sercem, i ze znawstwem. Widać, że Smarzowski pracuje na co dzień w reklamie, widać, że wie, czego wymagać od operatora i jak podejść do aktora. Skutkiem tego jest praca operatorska na najwyższym możliwym poziomie czy przyznanie (wreszcie w polskim filmie!) szczególnej roli montażowi i w ogólności post-processingowi. Wreszcie dzieło, w którym wszystko jest zależne od wszystkiego, przykładem choćby to, że nawet kostiumy są ściśle powiązane z robotą operatora.

I przez obie te warstwy – opowieści i techniczną – jeszcze przebija coś jakby prawda, tak jak w Domie złym, brutalna, skrzywiona przez samo skupienie na ciężkiej historii, ale wciąż prawda. Włączając komputerowe wycinanie słupów telefonicznych z obrazu Mazur.

rozkład

1 komentarz
  • Tzw. reforma zdobywania prawa jazdy skutkująca zwiększeniem zagrożenia (bo np. młody kierowca będzie musiał jechać wolniej, niż pozwalają znaki drogowe), przesunięta o pół roku,
  • Ratujmy maluchy – obywatelski projekt ustawy nierozpatrzony, a tzw. reforma przesunięta póki co o cztery lata,
  • rozrost biurokracji z 300 000 do 500 000 w ciągu 11 lat,
  • 380 reglamentowanych zawodów,
  • afera receptowa – w której tajemnicze zniknięcie jednego zapisu o „należytej staranności” lekarza jest wierzchołkiem góry lodowej, znacznie ciekawsze jest ograniczenie współzawodnictwa na rynku leków,
  • Mikołaj Przybył – którego mocne oświadczenie w zasadzie potwierdza to, co jest tajemnicą poliszynela,
  • 1 150 000 emigrantów (ludzi żyjących od ponad roku poza Polską) wg spisu powszechnego,
  • bezwstydna kreatywna księgowość Ministerstwa Finansów dotycząca długu publicznego,
  • ponad milion bilingów telefonicznych rocznie sprawdzanych przez państwo pozasądowo,
  • śmierć Andrzeja Leppera,
  • w najgorszy możliwy sposób prowadzone śledztwo smoleńskie.

Jak tu nie być moherem?

Na stosunek do pierworodnych można spojrzeć przez pryzmat dziejów. W Starym Testamencie waga się waha, a to uratowany Izaak, syn Abrahama, a to czasy Mojżesza i rozkaz faraona o zabijaniu chłopców, z powrotem w Kanaan królowie Izraela składają ofiary z pierworodnych. W Nowym Testamencie Heroda rzeź niewiniątek, no i sam Jezus, który sam się ofiaruje. W tym kontekscie spór o aborcję wygląda głębiej.

Legutko w Demokracji i republice pisze: Wychowanie republikańskie jest wychowaniem dzielnych obywateli, o mocnej tożsamości i nawykach moralnych, niezależnych w sądach i decyzjach, kierujących się szacunkiem dla zasad i dziedzictwa przeszłości.

Pracuję z domu, zajmuję dziecięcy pokój, a przez okno słyszę, jak półtoraroczna córa z balkonu krzyczy do nieznajomych „dzin dobly!”.  W ten sposób wytwarza dawno nie odczuwany przeze mnie klimat dobrego osiedla: jest dość cicho, delikatne odgłosy krzątania się sąsiadów, pralka, głos dzieci na dworze.  Rzadka niestety to eudajmonia na tym osiedlu.

Planujemy się przenieść, ale te plany wiążą się z kasą, potrzebujemy więcej – co mnie stresuje, bo bardziej spodziewane jest, że będę zarabiał mniej, nie więcej.

No i jeszcze – wielokroć miałem chęć pisania na bloga, która wyparowywała mniej-więcej o 18-ej. Życie jest wymagające. Coraz częściej łapię się na myśleniu, że to dobrze, że kiedyś będę mógł przestać się starać działać, że kiedyś będę mógł pozwolić sobie na odpoczynek od obowiązku oddychania.

Co robić?!:

We are living in a pre-apocalyptic world.

It is already quite obvious that a massive global disaster is going to occur sooner or later. We cannot prevent it anymore; the most we can do is prepare for it and try to reduce its effects.

Czy też komiksowo:
Wszędzie dobrze, gdzie jesteśmy, bo to właśnie my,

Bez nas byłoby nam smutno i w ogóle wstyd.

Bo dopóki jesteś sobą, lepiej ci niż bez,

Ważną jesteś wszak osobą, gdyś w ogóle jest.

Od dwóch miesięcy intensywnie zajmujemy się Komiksofonem.

Niedawno temu moja czternastomiesięczna córka obudziła się z płaczem. Znamy się już nieco z Agą na płaczu, więc byle co nas nie rusza, ale ten płacz był wyjątkowy. To nie było kwilenie, zawodzenie z zimna, bolesne wycie, nic z tych rzeczy. Co gorsza, płacząc mówiła „nie, nie, nie”, które się nasilało, gdy tylko próbowaliśmy ją przytulić, wziąć na ręce, zbliżyć się. Do tego dochodziło odpychanie — ale dlaczego, skąd? Ale naprawdę zaczęliśmy się bać o jej zdrowie psychiczne, kiedy zobaczyliśmy otwarte, świadome oczy, pełne przerażenia niemal zwierzęcego. Dzięki Bogu rzecz działa się nad ranem, do przestraszonej, chaotycznej rodziny w łazience dołączył mój syn, którego widok, zupełnie spokojnego, radośnie odnoszącego się do mnie i do Agi, gadającego z nami — wreszcie zdołał ukoić córę. Uświadomiła sobie, że to był tylko sen, zły sen o rodzicach… jedzących dzieci? rozrywających je? pełnych agresji i złych planów? Pierwsze koszmary.


  • RSS